Dla uporządkowania faktów: kondensator tantalowy to taki, w którym dielektrykiem jest tlenek tantalu (V). Dzięki znacznie wyższej wartości względnej przenikalności elektrycznej (25…27) w stosunku do tlenku aluminium (III), dla którego wynosi ona 9…10, można budować kondensatory o mniejszych gabarytach w stosunku do typowych „elektrolitów”. Na rynku mamy dostępne dwa rodzaje kondensatorów tantalowych: klasyczne, tudzież konwencjonalne (często po prostu bez żadnych dopisków) oraz polimerowe (te producenci wyraźnie już oznaczają). Mają nieco inny układ warstw w swojej strukturze – rysunek 1 – zaś dokładniej różnią się materiałem katody, czyli elektrody ujemnej. W klasycznych wariantach jest to tlenek magnanu (IV), w polimerowych… właśnie polimer. Anodą, czyli elektrodą dodatnią, w obu wypadkach pozostaje czysty tantal.
Nie chcę się zagłębiać w szczegóły konstrukcji ani historię rozwoju takiego kondensatora, bo nie o tym jest ten artykuł – wolę skupić się na praktycznych aspektach jego jestestwa, czyli na tym, jaki pożytek możemy mieć z niego my, elektronicy. Na pewno w oczy rzucają się mniejsze ich gabaryty w stosunku do zwyczajnych kondensatorów elektrolitycznych, co ma potwierdzenie w twardych danych. Tantalowe odpowiedniki potrafią mieć nawet pięć tysięcy (!) razy większy współczynnik CV, czyli iloczyn pojemności i napięcia w odniesieniu do objętości. Takich rekordzistów nieczęsto spotyka się w hurtowniach – z moich obserwacji wynika, że kondensatory tantalowe SMD (w formie prostopadłościennych kostek) mają objętość co najwyżej kilkukrotnie mniejszą w odniesieniu do kondensatorów elektrolitycznych. Niemniej jednak zawsze to jakiś plus.
Mówi się o nich, że się nie starzeją. Jako główny powód jest wymieniany suchy elektrolit (nie ma więc co wyschnąć). Potwierdza to producent: na rysunku 2 mamy zależność między odsetkiem uszkodzonych elementów w funkcji czasu. Po okresie „chorób wieku dziecięcego”, kiedy to wychodzą na jaw wady produkcyjne zarówno kondensatorów tantalowych, jak i elektrolitycznych (pierwsza część wykresu), uszkodzenia tych pierwszych zdarzają się później sporadycznie. Z kolei elektrolityczni kuzyni po pewnym czasie zaczynają się masowo „sypać”, co widać bardzo dobrze po płytach głównych komputerów albo zasilaczach impulsowych.
Z mojego doświadczenia wynika, że taka zależność dla kondensatorów tantalowych może być zachowana, o ile nie zostaną one przegrzane podczas lutowania. Lutując te kondensatory przy użyciu pasty i gorącego powietrza muszę bardzo uważać na temperaturę oraz czas grzania tych elementów, zdecydowanie bardziej niż przy elementach uznawanych powszechnie za łatwe do przegrzania, jak mikrokontrolery czy pamięci elektroniczne. Jeżeli tego nie dopilnuję, średnio co trzeci kondensator dostaje zwarcie natychmiast, co jest – moim zdaniem – szokująco wysokim odsetkiem. Bywa też, że taki kondensator, który nawet nie odmówił współpracy natychmiast, co objawia się wspaniałym wprost zwarciem, potrafi zrobić zwarcie po kilkunastu lub kilkudziesięciu godzinach pracy. Jeżeli w tym czasie nie zrobi psikusa, to z reguły działa już bezproblemowo. Przez jakiś czas myślałem, że kondensatory w żółtych obudowach (spotykane najczęściej) są w jakiś sposób bardziej wrażliwe od czarnych, ale nie zauważyłem szczególnej różnicy na korzyść którejś ze stron.
Dlatego montując ręcznie prototypy lub niewielkie serie, staram się je lutować przy użyciu zwykłego spoiwa lutowniczego (w formie drutu) i lutownicy kolbowej. Co ciekawe, przy montażu w fabrykach SMD ten problem niemal nie występuje, w każdym razie nie częściej niż uszkodzenia innych podzespołów.