„Poradnik Bezpieczeństwa” to dobrze przygotowana publikacja, jednak z kilkoma drobnymi niedopatrzeniami. Dla przykładu: w sekcji poświęconej zatroszczeniu się o alternatywne źródło ciepła, poradnik pomija istotny punkt: potrzebne jest jedno źródło do ogrzewania i drugie do gotowania. Kuchenka na „bioalkohol” (czyli – innymi słowy – skażony spirytus) ogrzeje świetnie wodę czy obiad, ale nie jest zbyt wydajna w ogrzewaniu pomieszczenia, podczas gdy piecyk na to samo paliwo ogrzeje pomieszczenie wydajnie, ale gotowanie na nim jedzenia może stanowić problem. Mi osobiście nie spodobało się to, że kilka istotnych informacji znajduje się na czerwonym tle – dla mnie jest to nieczytelne, a w warunkach kryzysowych, przy słabym świetle, każdy będzie miał problem z czytaniem tego tekstu. Kontrast i czytelność w takich instrukcjach to rzecz ważniejsza niż fajny projekt graficzny i byłoby miło, gdyby zostało to poprawione. Nie będę dalej omawiał ani recenzował poradnika rządowego, bo inni zrobili to już lepiej (vide Krzysztof Lis z kanału YT „Domowy Survival”), ale zanim przejdę do tego, czym może uzupełnić swoje zapasy elektronik chciałbym poruszyć inny problem związany ogólnie ze sztuką przetrwania, „preppersami” i pokrewnymi tematami.
Moda na survival
Dawno, dawno temu oglądałem epizod programu, w którym niejaki Bear Grylls dewastował opuszczony budynek w Gdańsku celem zademonstrowania tzw. sztuki przetrwania w miejskiej dżungli. Poziom absurdu i głupoty tego, co ów człowiek wyprawiał, był niezwykły. Otwieranie siłą szybu windowego i wspinanie się po linach jak jakiś nierozgarnięty pawian, gdy obok jest perfekcyjnie użyteczna klatka schodowa, to tylko jeden przykład. Dobrze, że w Polsce słonie występują tylko w zoo, bo autor filmu wpadłby na równie „kreatywny” pomysł wyciskania wody ze słoniowego placka. Co zresztą zrobił w odcinku dziejącym się bodaj w Afryce. Oczywiście wielu ludzi „kupiło” jego bajania o przetrwaniu, kupili także jego gadżety i zestawy przetrwania. A jak nie od niego, to od wielu innych dilerów wszelkich, przepłaconych zresztą towarów.
Dam przykład: rozglądałem się za małym łomem, choć właściwsza nazwa to angielskie „pry bar”, czyli przyrząd do podważania. W anglojęzycznym YouTube jest sporo recenzji różnych takich „łomków” do noszenia przy sobie (ang. EDC – „every day carry”, u nas tłumaczone jako „ekwipunek dźwigany codziennie”, co swoją drogą świetnie nadaje się na nazwę kanału o takich gadżetach), ale je wszystkie łączą dwie cechy: wysoka cena i całkowita bezużyteczność. Typowy przedstawiciel tego podgatunku wykonany jest z jakiejś „magicznej” stali lub stopu tytanu, ma długość mniejszą niż szerokość mojej dłoni i zwykle posiada liczne otwory i/lub wycięcia dające takie funkcje, jak klucz do nakrętek maszynowych, otwieracz do butelek czy też miniaturowa piła. Waży to kilkanaście gramów, a w razie potrzeby można sobie tym co najwyżej piętę oskrobać. Załóżmy, że zdarzył się wypadek i ktoś jest uwięziony wewnątrz samochodu. Drzwi nie da się otworzyć, przez okno czy przednią szybę ofiary nie da się wyciągnąć, a trzeba ratować, bo na przykład samochód zaczyna się dymić, a straż pożarna będzie dopiero za dziesięć minut. Nasz bohater wyciąga tedy swój żart pod tytułem „pry bar” i próbuje wyważyć drzwi, które się zaklinowały. Nie da rady, bo dźwignia jest za krótka i nie da się jej dobrze złapać. Jeśli spróbuje użyć jakiejś rurki jako przedłużenia, to swój gadżet za 20...50 dolarów złamie, bo pole przekroju tego kosztownego narzędzia wynosi może 10 mm². To troszkę mało i wie o tym każdy, kto naprawdę musiał coś podważyć, wyważyć czy choćby odkręcić oporną nakrętkę. Łyżka do opon czy „pry bar” o długości minimum 20 cm poradzą sobie o wiele lepiej. No ale tak wygląda rzeczywistość gadżetów dla preppersów, survivalistów i innych czekających na koniec świata tak, jak ja czekam na przelew.
Dajmy inny przykład, obecnie dość mocno na czasie, czyli plecaki ewakuacyjne, zwane też ratunkowymi. Widziałem kiedyś recenzję jednego takiego plecaka, robioną oczywiście w ramach reklamy. Był spory i naładowany sprzętem ze sklepu „wszystko po pięć złotych”. Szczególnie ciekawy był zachwyt „recenzenta” nad faktem, że plecak jest szary, więc trudniej zobaczyć, czym jest z odległości, co ułatwia maskowanie się przed obcymi chcącymi okraść posiadacza owego plecaka.
Zdanie później zachwycał się użyciem specjalnego rodzaju szarej tkaniny, która jest mocno odblaskowa (i to z dodatkowymi odblaskami w innych kolorach), co ułatwi zobaczenie posiadacza nawet z dużej odległości.
Wspomniałem o taniej zawartości i w tym przypadku jest ona spektakularnie tania. Zestaw oferuje między innymi nawigacyjną busolę wielkości orzecha włoskiego, malutkie krzesiwo (które wymaga wprawy), kilka zapałek sztormowych, ale ani jednej zapalniczki, a do tego nóż klasy bazarowej i takiż scyzoryk oraz latarkę, którą zwykle przypina się zamiast breloczka, by łatwiej trafić kluczem do zamka w nocy. Jako źródło ciepła lub podpałka w zestawie znalazł się jeden z podgrzewaczy do jedzenia zawierających alkohol w żelu. Plecak nie zawierał jednak żadnych ubrań zapasowych, niczego lepszego niż „kosmiczny koc” i jakiś cienki „tarp”, czyli kawałek folii malarskiej udającej brezentową plandekę, ani zbyt wiele sensownego jedzenia. Cena tego plecaka wynosiła kilkaset dolarów, czyli 6...8 razy tyle, co jego rzeczywista wartość. No ale to amerykańska szkoła przetrwania w praktyce – pełno tanich (i drogich) gadżetów, które w przetrwaniu nie pomogą za bardzo. Jak te opaski przetrwania z paracordu, które przy pierwszej próbie rozpakowania nie dadzą się już spakować bez tajemnej wiedzy o zaplataniu. Sam paracord to przereklamowana linka o wątpliwych walorach użytkowych. Chcecie liny, to kupujecie alpinistyczną albo żeglarską. Sam mam tej drugiej dwa rozmiary (2 mm i 5 mm średnicy) i używam cały czas. Zestawy przetrwania w puszce zwykle zawierają wszystko z wyjątkiem tej jednej rzeczy, która może się przydać. Multitoole i scyzoryki to fajne gadżety, ale większość z nich nie jest warta swojej ceny, a reszta jest stanowczo przepłacona. Jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Składany nożyk z marszpiklem jest lepszym wyborem w porównaniu do czegokolwiek, co ma więcej niż 5 funkcji w jednym. Co to jest marszpikiel? To zwężający się szpikulec o tępym czubku używany między innymi do rozsupływania węzłów. Można też go używać do podważania, na przykład wieczek od puszek z farbą czy topnikiem.
Kolejna modna rzecz to wszelkiej maści podręczniki i poradniki przetrwania. Bear Grylls ma ich kilka. Są świetne przy rozpalaniu ogniska jako podpałka, ale często są wydane na papierze kredowym, a zatem jako papier toaletowy się nie sprawdzą – mają więc ograniczoną użyteczność. Generalnie, jeśli na okładce jest cokolwiek z nazwą jednostki wojskowej (SAS, US Rangers, GROM, etc.), to można spokojnie uznać, że nie jest warte zakupu. Porady w nich zawarte są często błędne, niepraktyczne lub wymagają kondycji i umiejętności, których większość z nas nie posiada. Pomijam już fakt, że każdy taki poradnik zakłada, iż czytelnik utknie pośród amazońskiej dżungli albo w górach USA, tysiąc kilometrów od najbliższego miasteczka, albo gdzieś w Afryce. Jest to oczywiście absurd, jak imć Grylls udający szympansa w szybie windy. Nie twierdzę, że wszystkie takie poradniki są całkowicie bezużyteczne, ale większość jednak jest. Zwłaszcza jeśli czytelnik nie przećwiczy w praktyce tego, co w nich przedstawiono. Posiadanie wiedzy nigdy nie zastąpi praktycznego doświadczenia. Jeśli poradnik uczy rozpalać ognisko za pomocą patyków, to jest całkowicie bezwartościowy. Podręcznik opisujący, jak obchodzić się z krzesiwem jest lepszy. Wyżej od niego stoi ten, który uczy jak przygotować i przechować podpałkę. Najlepsze podręczniki dodają też linijkę „Możesz użyć zapalniczki”.
Wbrew temu, w co wierzą preppersi nie czeka nas żaden koniec świata. Nie ma w planach apokalipsy zombie, nikt nie wywoła globalnej wojny atomowej zakończonej równie globalną atomową zimą. Grozi nam jeno zwykła, prozaiczna i zupełnie konwencjonalna wojna. Wielkie pożary, wielkie powodzie i wielkie wichury są większym zagrożeniem niż wielkie konflikty. Jak przyjdzie rozkaz „ewakuacja”, to idioci pobiegną do lasu, gdzie nic nie ma poza dziesięcioma tysiącami innych idiotów.
Mądrzy ludzie udadzą się na z góry upatrzoną pozycję, gdzie będą mieli schronienie, wodę i żywność. Amerykańscy preppersi (i nie tylko oni) zakopują w ziemi stare kontenery naładowane sprzętem, bronią i jedzeniem, zapominając o tym drobnym detalu, że w kontenerze ciężar przenosi tylko podłoga i jego rama. W Internecie można znaleźć zdjęcia kontenerów, w których pod naporem ziemi sufit się zawalił. W latach 90. grupa preppersów zbudowała sobie schron nowatorską, nigdy wcześniej (i później) nie stosowaną metodą: wykopali wielki dół, ułożyli stare szkolne autobusy w kształt schronu, dodali szalunki z drewna i zalali wszystko betonem, a potem całość zasypali ziemią. Schron własnym sumptem wyposażyli, ale nie nacieszyli się nim długo, bo naczelnik lokalnej straży pożarnej i inspektor budowlany kazali całość zamknąć na cztery spusty jako absurdalne wręcz zagrożenie pożarowe i katastrofę budowlaną czekającą na swój moment. Budowę schronów lepiej zostawić zawodowcom.