Drodzy elektronicy praktyczni! Wasza fascynacja wzmacniaczem jest zrozumiała – wzmacniacz to urządzenie elektroniczne. Bardzo ważne, praktyczne, niezbędne. W systemie audio znajdują się jednak również inne urządzenia – których działanie nie ogranicza się do obszaru elektroniki. Stąd ich konstrukcje są znacznie bardziej wyrafinowane, efektowne, inspirujące, dekoracyjne, wymagające znacznie większej technicznej, akustycznej i estetycznej erudycji projektanta, cieszące nie tylko ucho, ale i oko użytkownika. Czy wzmacniacz może być ozdobą? Może, ale o tym potem.
Większość urządzeń „źródłowych” w domowym systemie audio, w perspektywie historycznej była urządzeniami z wyeksponowaną mechaniką – gramofony, magnetofony szpulowe, nawet niektóre magnetofony kasetowe i odtwarzacze CD – ładowane od góry. To właśnie one, dzięki swojej wielkości, aparycji i sposobowi obsługi wymagającej wręcz czułości w traktowaniu zarówno nośnika (płyty, taśmy), jak i mechanicznych elementów konstrukcji samego urządzenia (igła, głowica), były „reprezentantami” całego systemu. Konkurowały z nimi zespoły głośnikowe, które choć dawniej nie tak piękne jak dzisiaj, zawsze były przecież tym ogniwem, w którym prąd wreszcie zamieniał się na dźwięk, które po prostu grały. Dzisiaj muzyka zapisywana jest coraz częściej we wbudowanych pamięciach, transmitowana przez Internet – urządzenia źródłowe tracą wcześniejsze atrybuty mechaniczności, stają się układami elektronicznymi. Trudno. Na szczęście niemożliwą do pokonania ostoją zjawisk paranormalnych (dla elektronika) są zespoły głośnikowe. O nich, tym razem, wbrew mojej głośnikowej pasji, miałem nie pisać. Ale tę kwestię muszę wyjaśnić. Dowiedziałem się bowiem od Redaktora Naczelnego EP, że na hasło „audio” najbardziej oczywisty odzew elektronika praktycznego brzmi „wzmacniacz”. Natomiast audiofil-majsterkowicz, czy choćby początkujący meloman, któremu przyjdzie do głowy samodzielne budowanie jakiegoś urządzenia, pomyśli najczęściej o zespołach głośnikowych. Po pierwsze dlatego, że jak wykazałem wcześniej, głośniki już swoim wyglądem i efektami działania najsilniej działają na wyobraźnię. Kolumny to jak samochód bez silnika. Wzmacniacz to jak silnik bez całej reszty... Jedno bez drugiego nie pojedzie, ale co lubimy oglądać w katalogach? Po drugie dlatego, że choć zespoły głośnikowe są bardzo interdyscyplinarne (elektronika, mechanika, akustyka, design), to początkującym wydaje się, że wystarcza choć odrobina wiedzy w każdej z tych dziedzin, aby zbudować je dostatecznie poprawnie. Faktem jest, że schemat zwrotnicy typowego dwudrożnego czy nawet trójdrożnego zespołu głośnikowego jest o wiele prostszy niż schemat standardowego wzmacniacza; faktem jest, że nawet dalekie od doskonałości czy wręcz źle zaprojektowane zespoły głośnikowe jakoś grają, co zachęca ich twórców do dalszych prób, natomiast źle złożony wzmacniacz nie zagra w ogóle. Tu oddaję honor elektronikom – aby składać, a tym bardziej samodzielnie projektować wzmacniacz, trzeba mieć lepsze podstawy teoretyczne. Po prostu trzeba być choć trochę elektronikiem. W budowanie zespołów głośnikowych można wchodzić płynniej, podnosić sobie poprzeczkę stopniowo, zaczynać niemal od zera. Osiągnięcie poziomu mistrzowskiego w obydwu dziedzinach wymaga wielkiej wiedzy i doświadczenia, ale dalej na odrębnych polach. Znam konstruktorów hi-endowych wzmacniaczy. Dla większości z nich projektowanie zespołów głośnikowych to czarna magia, chociaż największe pyszałki sądzą, że ich nomen omen praktyka elektroniczna da się zastosować na polu głośnikowym. Podobne relacje zachodzą w drugą stronę, podobne, ale nie dokładnie takie same – majsterkowicze głośnikowi niemal bez wyjątku w ogóle nie myślą o budowaniu wzmacniaczy. Nie tylko dlatego, że zdają sobie sprawę z własnej niekompetencji w tym zakresie, ale też mając w ręku tak wspaniałą zabawkę, jaką są zespoły głośnikowe, nie mają ochoty grzebać się w enigmatycznych układach elektronicznych. Na wejściu 1 V, na wyjściu 20 V, i co z tego? Ciągle nic nie gra...
Wzmacniacz nie jest nawet brany pod uwagę w niemądrym audiofilskim sporze o to, czy najważniejsze jest urządzenie źródłowe (no bo pierwsze w systemie, co z niego nie wyjdzie, tego już nie odzyskamy), czy głośniki (no bo ostatnie, czego nie wypuszczą, tego nie ma sensu odtwarzać.. i wzmacniać).
Trochę podokuczałem, ale tak naprawdę wzmacniacz jest przez audiofilów bardzo szanowany. Wciąż jest jednak widziany w innej perspektywie, niż przez elektronika. O ile bowiem majsterkowicz głośnikowy ma jeszcze jakieś pojęcie o fizyce, to Audiofil przez duże A jest zwykle abnegatem w kwestiach technicznych, czym się z jednej strony szczyci, podkreślając nadrzędne znaczenie muzyki i tylko służebną rolę sprzętu, odrzucając znaczenie wszelkich parametrów na rzecz decydujących o ocenie prób odsłuchowych, z drugiej strony objawiając skłonność do posługiwania się choćby niektórymi pojęciami technicznymi czy paratechnicznymi, jednak zwykle bez rozumienia ich zasadniczego sensu. Dobrym przykładem braku znajomości znaczenia pewnych parametrów jest fetyszyzowany współczynnik tłumienia. Wielu audiofilów jest głęboko przekonanych, że wzmacniacz o współczynniku tłumienia 1000 będzie „kontrolował” bas o niebo lepiej, niż wzmacniacz o współczynniku 100. Toż to przecież różnica dziesięciokrotna! Ale wielbicielom wzmacniaczy lampowych już nie przeszkadza, że tam współczynnik tłumienia jest często niższy od 10. Mam nadzieję, że elektronikom praktycznym nie muszę wyjaśniać, dlaczego w przypadku tego parametru mniej niż dziesięć to słabo, ale sto to już bardzo dobrze i nie ma się co bić o tysiąc. Można to porównać do ziarnka piasku w bucie – półcentymetrowy kamyk na pewno będzie przeszkadzał, półmilimetrowe ziarnko na pewno nie, jeszcze mniejsze nie robi już wielkiej różnicy. Aby sprawę tę dobrze zrozumieć bez takich porównań, trzeba mieć też, a nawet przede wszystkim, wiedzę na temat działania głośnika i jego parametrów. Jak będzie takie zamówienie, to rzecz gruntownie przedstawię.
Tak zasadniczy parametr wzmacniacza, jak jego moc, jest przez wielu audiofilów traktowany z nonszalancją. Tego wymaga audiofilska poprawność polityczna, aby odsunąć zgubną pokusę oceniania jakości wzmacniacza za pomocą tak „prymitywnych” danych, dostępnych w katalogu producenta. Dotyczy to również pasma przenoszenia, poziomu THD+N, odstępu sygnał-szum, na które to parametry audiofil zwraca uwagę jeszcze rzadziej. Po części słusznie, po części niesłusznie. Niechęć do opisu jakości za pomocą parametrów niektórzy uzasadniają błędami i wypaczeniami okresu lat 70. i 80., kiedy konstruowano i kupowano wszelkie urządzenia audio tylko na podstawie wartości kilku parametrów. THD+N osiągały wówczas, przynajmniej według deklaracji producentów, wartości rzędu tysięcznych części procenta, aż tu nagle ktoś obrazoburczo stwierdził, że jego stary wzmacniacz lampowy, teoretycznie gorszy pod każdym względem, praktycznie gra znacznie lepiej. Elektronicy praktyczni pewnie wiedzą dlaczego. Czy coraz większa wiedza o zniekształceniach powinna wzmacniać rolę pomiarów parametrycznych i skłaniać do badania związków między nimi a rezultatami brzmieniowymi? Czy raczej prowadzi do zniechęcenia – nie wiadomo przecież, ilu jeszcze zjawisk nie odkryliśmy (na drodze pomiarów), a nawet jak oceniać wpływ tych, które znamy, na jakość brzmienia. Dla audiofila sprawa jest prosta, może zbyt prosta – skoro i tak niezbędne są próby odsłuchowe, to po co w ogóle zawracać sobie głowę pomiarami? Prawdę mówiąc, niechęć do pomiarów w dużym stopniu wynika też z tego, że audiofile, mówiąc ogólnie, wcale nie mają ponadprzeciętnego wykształcenia technicznego, są pod tym względem po prostu przekrojem całego społeczeństwa, a nawet bardziej ze wskazaniem na humanistów. Ich pasja do audio nie jest odmianą pasji do techniki, ale najczęściej rezultatem ewolucji pasji do słuchania muzyki. Tylko niektórzy z nich, przypadkiem, mają wykształcenie techniczne, tylko niektórzy z nich, już nieprzypadkiem, w zetknięciu ze światem urządzeń elektroakustycznych chcą ten świat poznać gruntownie i nie boją się wysiłku technicznej edukacji. Większość jest gotowa tylko liznąć te tematy, wybierając takie, które są najbardziej użyteczne w audiofilskiej karierze, pozwalają czuć się dostatecznie pewnie w środowisku, mieć własne zdanie na najbardziej „palące” problemy, ostatecznie też opierać swoje sprzętowe wybory nie tylko na podstawie brzmienia, ale i pewnych cech konstrukcyjnych. Można przyznać, że użytkownik nie musi być konstruktorem, audiofil nie musi być więc elektronikiem, ani praktycznym, ani teoretycznym, jednak gdy audiofil zaczyna uważać się za eksperta, jego wiedza powinna wykraczać poza sesje odsłuchowe, powinna obejmować chociaż podstawy techniki, ale rzetelnie. Tymczasem większość audiofilów – wracając do tematu wzmacniaczy – gardzi parametrami podawanymi w katalogach (one są dla zupełnych laików, którzy nie wiedzą co w trawie piszczy), chociaż chętnie posługuje się paratechnicznym żargonem (dla wtajemniczonych), nawet nie pamiętając ze szkoły podstawowej prawa Ohma.