Techniczne aspekty zasilania diod LED
Na początek powróćmy do podstaw. Dioda LED jest elementem półprzewodnikowym charakteryzującym się wąskim zakresem napięcia przewodzenia (VF, typowo 1,6...4 V w zależności od barwy świecenia oraz prądu przewodzenia IF) i silnie nieliniową charakterystyką prądowo-napięciową. W praktyce oznacza to, że w obszarze roboczym LED pracuje niemalże jak (rzecz jasna – nieidealne) źródło napięciowe o bardzo stromej charakterystyce – napięcie nieznacznie zmienia się w funkcji natężenia prądu przepływającego przez strukturę diody. Warto jednak spojrzeć na to zagadnienie niejako od drugiej strony: niewielka zmiana napięcia na złączu potrafi wywołać duży przyrost prądu przewodzenia. Zmiana napięcia o zaledwie 100 mV może przełożyć się na różnicę prądu rzędu dziesiątek miliamperów. Dla przykładu warto spojrzeć na charakterystykę zielonej struktury jednej z diod RGB małej mocy marki Kingbright (rysunek 1). Przy napięciu 3,2 V typowa wartość prądu przewodzenia wynosi do 20 mA – czyli dokładnie tyle, ile stanowi najczęściej spotykana wartość maksymalnego natężenia prądu zalecana dla małych LED-ów. A co stanie się, jeżeli napięcie podniesiemy do 3,3 V? Okazuje się, że prąd rośnie drastycznie, bo aż do 30 mA, czyli o... 50% poprzedniej wartości! Wzrost VF o kolejne 100 mV winduje prąd do 45 mA – a zatem zaledwie 0,2 V różnicy w napięciu przewodzenia powoduje przeszło dwukrotny wzrost natężenia prądu. Nietrudno wyobrazić sobie katastrofalne skutki podobnej sytuacji w odniesieniu do diod LED dużej mocy...
Problem dodatkowo komplikuje rozrzut parametrów produkcyjnych. Dwie diody z tej samej partii produkcyjnej (a nawet zapakowane na tej samej rolce) mogą mieć różne VF przy tym samym prądzie, więc układ zasilany stałonapięciowo zdecydowanie nie jest w stanie zagwarantować ani powtarzalnej jasności, ani równomiernego obciążenia termicznego. Choć nieuniknione rozrzuty produkcyjne są szczególnie zauważalne w przypadku łańcuchów szeregowych (opraw oświetleniowych czy modułów COB) i macierzy wielokanałowych (np. ekranów LED), to znacznie poważniejszym problemem jest ryzyko rychłego uszkodzenia przy niewłaściwym zasilaniu.
Stąd właśnie klasyczne zalecenie mówiące, że diody LED (zwłaszcza dużej mocy) należy sterować i zasilać prądem, a nie napięciem – inaczej łatwo przekroczyć absolutne maksimum IF, co przekłada się na zwiększenie strat mocy w postaci ciepła. Kluczowa jest tutaj zależność napięcia przewodzenia od temperatury złącza. Wraz ze wzrostem temperatury półprzewodnikowej struktury diody LED (TJ) napięcie VF maleje – ujemny współczynnik temperaturowy wynosi zwykle od –1 do –4 mV/°C. Jeśli źródło zasilania wymusi stałe napięcie, to spadek VF przy nagrzaniu struktury automatycznie zwiększy prąd, co jeszcze bardziej podniesie temperaturę diody. Taka samonapędzająca się spirala zniszczenia w prosty sposób doprowadzi do przegrzania, a nawet przepalenia komponentu, o ile zasilanie nie zostanie zawczasu obniżone lub wręcz całkowicie odcięte.
Sterownik prądowy niejako przerywa tę pętlę dodatniego sprzężenia zwrotnego: utrzymuje zadany prąd mimo (niewielkich) zmian VF, a jednocześnie pozwala projektantowi świadomie zaimplementować kontrolę mocy wydzielanej przez diodę, chociażby przez ograniczanie prądu przy wysokiej temperaturze otoczenia. Firma Texas Instruments opublikowała bardzo interesującą notę aplikacyjną, w której dyskutuje metodę pośredniego pomiaru temperatury diod LED poprzez monitorowanie i odpowiednie przeliczenie napięcia przewodzenia. Wyniki okazały się zaskakująco dobre – porównanie odpowiednio skalibrowanego pomiaru napięcia VF z rzeczywistymi wartościami temperatury odczytanymi za pomocą precyzyjnego termometru TMP107 można zobaczyć na rysunku 2.
Oczywiście w przypadku diod małej mocy sterowanie stałoprądowe bardzo często nie ma większego sensu – wszak w przypadku prostego wskaźnika diodowego nie ma potrzeby stosowania źródła prądowego, skoro wystarczy stosownie dobrany rezystor. Przy niewielkich zmianach VF i zasilaniu całości napięciem stałym o wartości odpowiednio wyższej od napięcia przewodzenia, prąd ustabilizuje się samoistnie. Ale uwaga! Wyrażeniem-kluczem w powyższym zdaniu jest uwaga dot. napięcia „odpowiednio wyższego” od VF. A to z prostej przyczyny – jeżeli napięcie zasilania diody LED jest nieznacznie wyższe od jej rzeczywistego napięcia przewodzenia, to na spadek napięcia na owym rezystorze szeregowym pozostaje już naprawdę niewiele – przykładowo, w przypadku diody o VF=3,0 V, zasilanej z szyny 3,3 V, na ów spadek pozostaje zaledwie 300 mV. Jakakolwiek zmiana sytuacji w układzie (czy to przez nagrzanie struktury diody, czy też z powodu wahań napięcia na szynie zasilania) będzie miała dalece większy wpływ na wartość IF, niż w sytuacji zasilania tej samej diody napięciem np. 5,0 V, oczywiście przy zastosowaniu odpowiednio większego rezystora. Biorąc pod uwagę wspomniane rozrzuty produkcyjne (często naprawdę spore) pod względem VF, sytuacja opisana w pierwszym z ww. przypadków jest gotowym przepisem na (nie)małą katastrofę.
W nowoczesnych aplikacjach oświetleniowych precyzja prądu przewodzenia jest jednak równie ważna, jak sama ochrona diody i współpracujących z nią elementów (np. tranzystora sterującego). Strumień świetlny zależy nie tylko od wartości prądu, ale także od temperatury (rysunek 3) – i to zwykle w sposób nieliniowy.
Parametry optyczne – chromatyczność, współczynnik odwzorowania barw, etc. – także są wrażliwe na temperaturę złącza, co doskonale widać na rysunku 4, prezentującym charakterystyki diody średniej podczerwieni w temperaturach od 1 do 120°C. Uważne oko dostrzeże nie tylko obniżanie strumienia świetlnego wraz ze wzrostem temperatury, ale także stopniową zmianę rozkładu widmowego. Nieco mniej efektowne, ale zauważalne dla odbiorców są także analogiczne efekty w białych diodach LED. Dlatego w oprawach architektonicznych, studyjnych, w oświetleniu automotive czy w systemach wymagających miksowania barw (RGB/RGBW) stabilny prąd zasilania oraz skuteczne chłodzenie przekładają się bezpośrednio na powtarzalność koloru, brak efektu „pływania” jasności i przewidywalny bilans cieplny. W praktyce na wysokiej jakości sterowanie diodami składa się nie tylko zasilanie stałoprądowe, ale też odpowiednia charakterystyka ściemniania, dostatecznie wysoka częstotliwość kluczowania (w przypadku PWM), kontrola prądu szczytowego w impulsach, a w skrajnych przypadkach nawet korekcja temperaturowa.
Takie złożone podejście wykracza daleko poza potrzeby prostego, klasycznego oświetlenia, ale każde zastosowane rozwiązanie układowe przekłada się – czy to bezpośrednio, czy w bardziej zawoalowany sposób – na konkretne cechy użytkowe urządzenia lub systemu.
Przykład? Skoro poruszyliśmy już wątek sterowania PWM, to warto wspomnieć o kwestiach częstotliwościowych. Otóż w dokumentacjach scalonych sterowników wielokanałowych czy też programowalnych diod LED producenci podają – jako jeden z najważniejszych parametrów – maksymalną częstotliwość odświeżania, jaką można zastosować do danego komponentu. Wynika to z faktu, że przy sterowaniu większych matryc lub długich taśm LED (zwłaszcza, choć nie tylko, w trybie multipleksowym) zapas częstotliwości bardzo szybko się kończy – dotyczy to oczywiście tych systemów, które mają dynamicznie, płynnie zmieniać jasność i/lub barwę. Jak wiadomo, aby oszukać ludzkie oko (przynajmniej w stanie statycznym, tj. przy wpatrywaniu się w jeden punkt) wystarczy częstotliwość odświeżania na poziomie zaledwie kilkudziesięciu herców. Problem pojawia się jednak w przypadku nowoczesnych kamer wideo (także tych w smartfonach) – jeżeli obraz ekranu lub innej instalacji LED jest nagrywany z częstotliwością rzędu 60 fps, to sam ekran musi być odświeżany wielokrotnie szybciej, by uniknąć niepożądanych artefaktów wizualnych. Bodaj najprostszy przykład artefaktu wynikającego z niekorzystnego stosunku czasu ekspozycji aparatu do okresu odświeżania wyświetlacza multipleksowanego widać na fotografii 1, pokazującej zegarek z siedmiosegmentowym wyświetlaczem LED, sfotografowany za pomocą smartfona z ustawionym krótkim czasem naświetlania (1/800 s).
